No to zaczynam.

Mam 30 lat, gram w Pokemony, uwielbiam czytać książki i oglądać pierdółki pod mikroskopem. Czasem robię też zdjęcia, szwendam się po Szczecinie i zachwycam się drobnymi rzeczami. Lubię swoje życie, ale ostatnio zaczął mi doskwierać brak pracy. Mam te dwie ręce, nieźle poukładane w głowie – pora w końcu zacząć z tego korzystać.

I staję przed pewnym dylematem: biotechnologia czy IT.

Zacznijmy od biotechnologii. Sześć lat temu skończyłam studia i nigdy nie pracowałam w zawodzie. Poszłam kiedyś na rozmowę „o pracę w labie” i zaproponowano mi najniższą krajową. Od znajomych słyszałam, że kokosów w tej branży (w naszym regionie) się raczej nie dorobię. Problem (?!) w tym, że to mnie cholernie kręci. Pochłaniam książki popularnonaukowe, zgłębiam pewne tematy głębiej niż przy pisaniu magisterki i czuję, że moje serduszko mocniej biję, gdy o tym myślę. Kupiłam sobie nawet mikroskop! Czasem sobie marzę, że odkrywam coś nowego – gatunek, super gen czy tam „lek na raka”. Myślę, że taka praca w labie mogłaby mnie pochłonąć całkowicie. A teraz zejdźmy na ziemię: większość ogłoszeń to badanie jakości czy diagnostyka. W Szczecinie poza uczelniami nie ma nawet labów badawczych (chyba), a właśnie w takim chciałabym pracować. I jasne, mogę się starać o pracę związaną z jakością, ale mam obawy, że to zabiłoby moją pasję.

No to teraz IT. Teoretycznie nie mam w tym kierunku żadnych kwalifikacji. Byłam raz na kilkudniowych warsztatach, przerobiłam kilka podstawowych kursów i dwie książki. Mniej więcej wiem o co chodzi, ale absolutnie nie czuję się na siłach zrobić coś samodzielnie. Jednocześnie wiem, że jeśli bym przysiadła do tematu i poświęciła odpowiednio dużo czasu, to mogłabym na tym zarabiać hajsy. Kręci mnie też to, że w tej branży ciągle trzeba się uczyć i rozwiązywać nowe problemy.

Klasyczny przykład walki serca z rozumem. Testy predyspozycji zawodowych nie pomagają, mówią że mam zostać naukowcem albo informatykiem. Kluczowe będą chyba zarobki, bo bądźmy szczerzy – przeciętny programista zarabia więcej niż przeciętny naukowiec. Aktualnie nie muszę przejmować się pieniędzmi i nie miałabym problemów z pracą dla idei, ale kurczę nie wiem co będzie za rok. I zawsze można zrobić/poszukać jakiś projekt związany z bioinformatyką, prawda?

Jeszcze muszę się przyznać, że moją pięta achillesową jest angielski. Kilka lat nauki w szkole/na studiach, potem nauka samodzielna, a ja dalej nie rozumiem ze słuchu. Z mówieniem też kali mieć kali być. I to jest chyba coś od czego powinnam zacząć.

Pisanie tego postu jest dla mnie terapeutyczne, trochę rozmyślań przelanych na „papier”, a ja już wiem co zrobić z moim życiem. Na początek ogarnę swój angielski – koniecznie muszę poszukać lekcji indywidualnych. Równocześnie dalej mogę cisnąć samodzielną naukę programowania, potem ewentualnie zorganizowany kurs/podyplomówka. A biotechnologię zostawię sobie jako hobby, a co!

Zapraszam Was na przygodę „od zera do satysfakcji z pracy”. Ten blog nie będzie tylko o tym. Będzie pamiętnikiem trzydziestolatki, wkurzającej się na siebie, na polityków, na samochody na chodnikach i na to, że nie wie co zrobić na obiad. Ja pisać muszę, inaczej się uduszę. Wy czytać nie musicie, ale jak chcecie to nie będę Wam bronić.

Emilka

Dodaj komentarz